Pałac myśliwski w Mojej Woli.

Myślistwo przywilej elit, barbarzyńska rozrywka możnych władców kultywowana dziś przez koła łowieckie. Te bestialskie igrzyska ludzkiej próżności, zabijania dla sportu przyczyniły się do budowy pięknych obiektów, które kryją się do dziś w leśnych ostępach.

Trzeba pamiętać, że polowanie to była impreza kilkudniowa, na którą zjeżdżali książęta i co znamienitsza szlachta. W rejonach obfitujących w zwierzynę stawiano pałce myśliwskie, te dawały schronienie, ale też były swego rodzaju daczami letniskowymi zamożnych władców.

W niewielkiej osadzie położonej na skraju wsi Sośnie, Mojej Woli znajduje się unikatowy na skalę Europejską pałac. Został wybudowany dla księcia brunszwicko-oleśnickiego Wilhelma w roku 1852. Ciekawostką jest, że ściany pałacu pokryte zostały korą dębu korkowego sprowadzonego aż z Portugalii. Obiekt jest wyjątkowy, w zasadzie wszystko tam jest wyjątkowe, wyjątkowa jest dewastacja tego pałacu o wyjątkowej głupocie ludzkiej nie wspomnę, ponieważ ta, jeśli miałaby skrzydła pewnie szybowałaby jak orły bieliki, które w pobliżu tego pięknego zabytku zakładają gniazda.

Konstrukcja pałacu jest drewniana, jednak posadowiona na fundamencie i podmurówce z kamienia w stylu szwajcarskim. Pierwotnie była nieco mniejsza jednak w 1895 rozbudowana. Na przełomie wieków wzbogaciła się o murowaną wieżę widokową, powozownie i kilka dodatkowych elementów. Otoczeniem pałacu był malowniczy park krajobrazowy urządzony w stylu angielskim.

Na przestrzeni wieków zmieniali się właściciele jak i funkcje obiektu. Około roku 1885 pałac należał do barona Daniela von Diergardt, wojenne losy pałacu są ściśle związane z zajmowaniem go przez organizacje faszystowskie. Po wyzwoleniu przechodzi w ręce leśników i powstaje w nim kolejno Ośrodek Doskonalenia Robotników Leśnych, Technikum Leśne , hotel pracowniczy aż w 1992 roku staje się własnością gminy. Ten rok możemy uznać za przełomowy, ponieważ zostaje sprzedany osobie prywatnej. Dla pałacu nadchodzi zmierzch i powolne popadanie w ruinę.

Dziś trudno by szukać pozostałości po założeniu parkowym składającym się ze sprowadzanych z całej Europy drzew i krzewów. Teraz o pałac toczy się mała lokalna wojna, bitwa z właścicielem, batalia ze źle skonstruowanym prawem o zabytkach, które bardziej szkodzi niż chroni.

Na czele tych, którzy chcą ratować pałac stoi Mateusz Zapart wraz z grupą pasjonatów o wielkich sercach i pomimo wystąpienia z oficjalnym pismem o wywłaszczenie obecnego właściciela obiektu tak naprawdę niewiele się zmienia. Władze twierdzą, że brak pomysłu na zagospodarowanie, że na uboczu, że marne szanse na rozwój turystyczny.

Paradoksalnie. W pałacu byłam około godziny i przez ten czas odwiedziło go ok. ośmiu osób, które próbowały swych sił w fotografowaniu obiektu. Z relacji pana, którego zaczepiłam pytając o drogę usłyszałam „ Pani zimą mniej, ale od wiosny to stale ktoś się tu kręci, nawet autokary wycieczki przywożą”. Zatem jak to jest z tą turystyką i brakiem pomysłu na pałac?.

Pałac umiera, kona na oczach odwiedzających. Jest piękny to fakt, jednak w tym pięknie dostrzec można lata zaniedbań. Korkowa elewacja jest niszczona przez wandali, być może odrywana na pamiątkę a może ze zwykłej ludzkiej głupoty. Widać miejsca, w których próbowano ją odtworzyć naszą rodzimą korą dębową. Tylko nieliczne okna mają szyby, przeważnie oczodoły wybitych okien zaślepione są deskami. Najprostszym i jak widać najskuteczniejszym zamknięciem drzwi okazało się zabicie ich gwoździami.

Pałacowe pomieszczenia, przebudowane wraz ze zmieniającymi się funkcjami obiektu straszą dewastacją jakiej się na nich dopuszczono. Niektóre ściany celowo zostały rozbite, odarte z drewnianej boazerii. Wszędobylski kurz pokrywa to, co człowiek pozostawił a wandal rozrzucił w nieładzie.

Na niektórych sufitach zachowała się piękna polichromia tudzież bogato zdobiona sztukateria gdzie indziej spotykamy sufit wykonany z drewnianej boazerii. I chyba lepiej patrzeć w górę, chociaż to ryzykowne, niż na kiczowate scenki z polowań namalowane ręką nieznanego artysty z czasów PRL wśród płatów odpadającej farby olejnej, którą to ktoś postanowił pomalować niektóre ściany tego zabytkowego pałacu.

Pałac pozbawiony jest prądu, przekraczając jego progi pogrążamy się w niebezpiecznej ciemności. W powietrzu przesiąkniętym wilgocią unosi się kurz ludzkiej głupoty. Stąpać należy z rozwagą szczególnie, jeśli mamy zamiar wchodzić po schodach wiodących na wieżę.

Pałac opuszczam w zadumie żegnając go w blasku zachodzącego słońca. Jeszcze jedna ostania pamiątkowa fotka na pięknym pałacowym tarasie. Życzę mu i chcę by wygrał walkę z czasem taka jest „moja wola”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.