Ruiny pałacu w Radzowicach.

W zasadzie wokół niego zmieniło się wszystko, zmieniło się otoczenie, zmieniały się też jego funkcje. Dziś porzucony z niejasną sytuacją prawną, niechciany, nie został nawet wpisany na listę zabytków. Starsi mieszkańcy wspominają jego piękno, dla urodzonych już w wolnej Polsce jest solą w oku. Pałac umiera, pomimo że jest jeszcze niewielka szansa na to by obiekt odbudować.Wybudowany w końcu XIX wieku, jako założenie pałacowe wraz z folwarkiem z inicjatywy rodziny von Dyhrn spełniał rolę rezydencji. Po roku 1930 wykorzystywano go, jako siedzibę obozu pracy dla dziewcząt (Reichsarbeitsdienst fur weibliche Jugend. Lager Reesewitz). W okresie powojennym wraz zabudowaniami folwarcznymi stał się częścią PGR.
Mieszkali w nim pracownicy, pałac tętnił życiem aż do pewnego feralnego dnia blisko 30 lat temu, kiedy to parterowa środkowa część obiektu stanęła w płomieniach. Ogień jak złodziej przyszedł nocą, trudno dziś dociekać czy było to nieumyślne zaprószenie ognia czy celowe podpalenie.Pałac składa się z trzech skrzydeł rozłożonych na planie litery „C”. Najmniej zniszczona jest strona południowa, parterowy łącznik, który łączy oba skrzydła uległ zawaleniu, północne skrzydło zrujnowane, ograbione spogląda oczodołami powybijanych okiem a wszystko w atmosferze brudu walających się śmieci, starych opon i gęstych zrośli, które wzięły we władanie ten konający pałac.Stojąc i wpatrując się, a właściwie zastanawiając jak wejść do pałacowych wnętrz dostrzegłam podjeżdżający samochód pod dom jednorodzinny graniczący po sąsiedzku z pałacem. Zapytałam wysiadającego starszego pana czy wie coś na temat jego historii. Mój rozmówca stwierdził, że mieszkał w nim przed laty, jednak po pożarze wybudował dom a na jego miejscu w pałacu nikt już nie zamieszkał. Cóż niewiele to informacji jednak i za to byłam wdzięczna.Przedzierając się przez zarośla, wchodząc po hałdach gruzu udało mi się wejść do skrzydła północnego. Widok jakże znajomy, porozbijane ściany, zacieki i liszaje odpadającego tynku. Pod nogami śmieci wymieszane z rumoszem cegieł. Zachowały się schody, co prawda drewniane poręcze już nie istnieją jednak dało się wejść na wyższą kondygnację. Tam agonie widać już na każdym kroku a wycieczka po pałacowych wnętrzach stała się dość ekstremalnym przeżyciem.Uginające się pod stopami deski, skrzypiące z każdym krokiem coraz groźniej stropy dały mi do zrozumienia, że kolejny krok może okazać się ostatnim. Wyższa kondygnacja a w zasadzie strych zalewany opadami deszczu najwyraźniej jest już bardzo poważnie uszkodzony. W kilku miejscach cała konstrukcja podstemplowana, z przerażeniem oglądałam jeden z legarów, przegniły i spróchniały został podparty sosnowymi żerdziami. Schodząc po schodach zadaje sobie pytanie ile czasu jeszcze zostało zanim pałac się kompletnie zawali. Zapewne niewiele, zegar śmierci tyka już blisko trzydzieści lat.Fotografując te piękne ruiny, najwyraźniej wywołałam swą obecnością małą lokalną sensację, ponieważ przyszła do mnie starsza pani. Być może trochę z ciekawości a trochę by poplotkować. Dzięki niej dowiedziałam się nieco więcej na temat pałacu. Małą ciekawostką okazał się obiekt znajdujący się naprzeciwko pałacu. Widziałam go wcześniej jednak wydał mi się matowy historycznie i przyznam niegodny uwagi.Pomyliłam się w swej ocenie, moja rozmówczyni powiedziała, że jest to pozostałość po przepięknej studni, bardzo głębokiej, w której jeszcze kilka lat temu była zimna i krystalicznie czysta woda. Być może moja ocena wynikała z faktu, że widziałam tylko tylną ścianę studni, która kiedyś była ozdobiona pięknym kartuszem herbowym. Ten jak stwierdziła starsza pani zniknął całkiem niedawno. Wieczorem był na swoim miejscu, rano pozostało tylko wykute miejsce, w którym się znajdował.– Pani sobie przejdzie przez te krzaki i zobaczy ją od przodu. Zachęcała moja rozmówczyni. Teraz jest zasypana śmieciami, bo była bardzo głęboka i mogły dzieci wpaść. Faktycznie musiało to być spore ujęcie wody skoro całość została tak wykonana. Dziś w miejscu studni leżą stare drzwi zasłaniające zasypany otwór. Starsza pani opowiedziała mi też smutną historię związaną z tym pałacem, otóż hrabina von Dyhrn podczas przejażdżki konnej, na jaką udała się z małą córeczką została rażona gromem. Obie poniosły śmierć na miejscu, pochowane zostały w kościelnej krypcie. Nad wejściem do kościoła na znak tego pochówku umieszczono kartusz herbowy rodziny Dyhrn.Małe wioski mają jedną dobrą cechę, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Jak wynikło z naszej rozmowy pałac miał prywatnego właściciela. Jako zaniedbana ruina został kupiony, tylko i wyłącznie z myślą o wyburzeniu, a na jego miejscu miała powstać hala produkcyjna. Niestety, pomimo że obiekt nie znajduje się w rejestrze zabytków zgody na wyburzenie obiektu nie wydano. Jaki jest w tej chwili jego status prawny? Nie wiem, mam cichą nadzieję, że………….. No właśnie nadzieja odchodzi ostatnia.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.