SMUTNE DZIEJE KOŚCIOŁA EWANGELICKIEGO W PISARZOWICACH.

Ten jakże urokliwy kościółek położony jest na uboczu, pod lasem. Pomimo że znajduje się w skrajnej ruinie cieszy się niebywałą popularnością. Od wielu lat jest lekturą obowiązkową wielu wesel i Komunii Św. To ulubione miejsce fotografików, ze względu na specyficzną grę świateł. W jego wnętrzach nakręcono kilka teledysków w tym jeden satanistycznej kapeli BEHEMOTH –„ Blow Your Trumpets Gabriel”.

Wybudowanie kościółka datowane jest w latach 1901- 1902 według projektu Arnolda Hartmana. Fundatorem był  książę Gustav von Biron pochodzący z Sycowa, który wzniósł go w tym miejscu dla uwiecznienia pamięci swego syna, niedoszłego dziedzica Wilhelma Birona von Curlad. 

Wzniesienie go w tym miejscu ponoć nie jest dziełem przypadku, jedna z legend głosi, że powstał w miejscu, w którym spadł z konia jego syn ponosząc śmierć na miejscu. Źródła historyczne są w tym przypadku sprzeczne, jedne głoszą, że zmarł po upadku z konia inne, że w wyniku zakażenia krwi a jeszcze inne wskazują na przyczynę zgonu źle przeprowadzoną operację wyrostka robaczkowego. Jak było w istocie nie sposób po latach dociekać. Faktem jest, że Kościół nigdy nie otrzymał nazwy jakiegoś świętego, był swoistym mauzoleum pamięci syna Gustawa i jego pierwszej małżonki Adeli.

Wnętrza kościoła wykańczano bardzo długo, bo aż do 1912 roku. Obiekt wybudowano w stylu neoromańskim z cegły, bogato zdobioną sztukaterię wykonano z czerwonego piaskowca. Elewację natomiast obłożono ciosanym kamieniem polnym zaś okna zdobiły przepiękne witraże. Teren wokół był ogrodzony, dziś dostrzec można tylko fundamenty z gdzieniegdzie wystającymi kamieniami, które porasta mech.

Podłogi pokryte były dębowym parkietem, który w niektórych miejscach świątyni zachował się do dziś. Nie wiem jak wyglądał ołtarz, jednak mając na uwadze detale, które oparły się dewastacji musiał być piękny. Pod nim wybudowano kryptę, do której prawdopodobnie można było się dostać podnosząc właz w podłodze jak i też wejściem z zewnątrz kościoła.

Czy pomieszczenie to było miejscem wiecznego spoczynku Wilhelma i Adeli trudno dziś określić, chociaż wiele za tym przemawia jak choćby zachowany do dziś kartusz herbowy na jednej ze ścian świątyni. Faktem jest, że właśnie to zewnętrzne wejście do podziemnej Sali kościółka przyczyniło się do początków grabienia obiektu po tym jak drzwi zostały wysadzone przez oddział milicji w 1945 roku w poszukiwaniu ukrywających się w nim niedobitków hitlerowskich.

Pod koniec II WŚ. Kościółek był świadkiem zaciętych walk, jakie toczyły się w rejonach Pisarzowic. Po przeciwnej stronie szosy mieszkańcy upamiętnili tamte wydarzenia stawiając w polu brzozowy krzyż z tabliczką. W ten sposób złożyli hołd walczącym tam żołnierzom AK. Napis na tabliczce głosi, „ (……) Ponieważ żyli prawem wilka historia głucho o nich milczy”.

Świątynia służyła ewangelikom, po ich odejściu w myśl przyjętej zasady, co nie nasze i poniemieckie należy zniszczyć. Kościółek był systematycznie rozkradany. Pod pretekstem ratowania dzwon z wieży oraz ławy trafiły do oddalonych kilka kilometrów dalej Mąkoszyc, organy pozyskała w ten sposób parafia z Mikorzyna. Gdzie trafiła reszta wyposażenia pozostaje tajemnicą poliszynela, domniemać można i nie przebierając w słowach powiedzieć, że została rozkradziona przez katolickie parafie.

Od zakończenia działań wojennych, Obiekt był grabiony i rozkradany. Odarty z czci i godności stał się dawcą cennego wyposażenia, drewna na opał, materiałów budowlanych. Ukradziono i zniszczono w zasadzie wszystko, co przedstawiało sobą jakąś wartość. Incydent trwa niezmiennie do dziś. Odkuwane są za pomocą klinów zdobienia wykonane z czerwonego piaskowca, po cichu sukcesywnie ten malowniczy kościółek znika.


Nie posiada już dachu, który tak jak kopuły wieży, która runęła po wielkiej wichurze był pokryty blachą miedzianą, całe poszycie w mgnieniu oka zniknęło. Wraz z upadkiem wieży kościelnej runęła też teoria o skarbach schowanych w kościelnej kuli, która posadowiona była na wieży.  Belki z niej długie lata zalegały obok kościoła, jednak i one w dziwny sposób znikają.

Chociaż dachu nie ma sklepienie kościoła, przeciekające i dziurawe powoli poddaje się temu, co nieuchronne. Gdzieniegdzie porastają je samosiejki drzew, które swymi korzeniami wnikają głęboko stopniowo je rozsadzając. Dostać się na nie można przez resztki zrujnowanej wieży. Oczywiście tego nie polecam. Jednak tam najlepiej widać jak blisko jest już do tego, co nieuchronne. A koniec zbliża się wielkimi krokami, widać to w trakcie deszczu, gdy wśród symfonii spadających kropel z przeciekającego sklepienia kościół płacze, spływa deszczem cieknących kropel.

O dawnej świetności przypomina napis nad jednym z portali jest już mglisty i niewyraźny, trudny do rozczytania. Jednak bardzo wymowny i ponadczasowy.„Sei getreu bis an den Tod, so will ich dir die Krone des Lebens geben”
„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia”

Ambona, zrujnowana i rozbita z ledwo czytelnym napisem jak nieme świadectwo, że jeszcze nie tak dawano przychodzili tu ludzie, słuchali kazań, pokładali wiarę w Boga, brali śluby i chrzcili dzieci. Dziś wszystko pokrył kurz minionych lat, i zostało tylko echo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.